Opowiadanie: „Mianownik: kto? co?”

Nie interesowała jej posada zastępczyni. Nie chciała być nigdy tą drugą. Nie chciała czuć się jak jakiś tani zamiennik. Jak ktoś, dla kogo można urwać się z pracy, ale nie jest to twój obowiązek. Nie życzyła sobie bycia połowicznie… Z doskoku:

„Bo jakby czasem miało nie wyjść, to jednak każdy w swoją stronę.”

Nie chciała być tamponem. Zatykać dziur. Co to za przyjemność, tak ciągle przeciekać? Nie chciała czuć tylko ciepła. To miał być gorąc. To miało rozpalać. To miało robić się mokro na samą myśl, że za parę godzin, że z nim, że gdziekolwiek. To nie miał być normalny związek. To miało parzyć. To miało dotykać najgłębszych smutków. Ale nie po to, by pocieszać. Nie po to, by tamować krwotok. Nie po to, by być panaceum. Tylko po to, by zrozumieć, że blizny zostają. Że tego się nie da wymazać. Że to cały ty. Razem z tym brudem pod paznokciami. Że to jest OK. I że to od teraz nie będzie tylko twoje, ale nasze.
Miłość – ona nie miała przyćmiewać horyzontu. Zawężać pola widzenia. Zatracać się tylko w jednym punkcie. To miało rozszerzać źrenice. To miało być coś w rodzaju wady wzroku, z tym że patrzysz dalej. A w tym dalej jest coś więcej niż ja. To miało być „kocham”. Ale nie takie rzucone mimochodem, bo tak powinno się powiedzieć po jedenastym spotkaniu i trzecim wylądowaniu w łóżku… To miało się czuć. W każdym oddechu. W każdym spojrzeniu. W każdym choćby muśnięciu palców. Miłość nie potrzebuje słów ani dowodów. To nie są kwiaty, czekoladki, piękne słówka otoczone złotymi kolczykami. To jest coś więcej. Po prostu to coś. I wierz mi, poczujesz, jeśli to „coś” tobą zawładnie.
To miało być również coś więcej niż szybka randka, bo mam meeting, lunching lub jakiś inny dancing po południu. To miało być „chcę”,  a nie „muszę”. Chcę iść z tobą na kawę. Chcę obejrzeć z tobą w domu kolejny raz „Dirty Dancing”. Chcę zjeść twoją jajecznicę na śniadanie, chociaż wiem, że znów ją przesolisz. Chcę, bo lubię patrzyć na ciebie. Lubię spędzać z tobą wolne popołudnia. A nawet jak mam je bardzo zajęte, to na 10 minut uciekam do ciebie, bo chcę cię znów zobaczyć, usłyszeć, dotknąć.
A potem popatrzyła na niego. Stał tak kilkanaście metrów od niej. Odwrócony plecami. Miał w ręku telefon. Nerwowo w niego stukał. Mimochodem spojrzała, czy czasem do niej nie pisze. Jednak jej telefon milczał. A on dalej coś komuś wysyłał. Miała nawet wrażenie, że uśmiechnął się do tego kwadratowego wszechświata. Spojrzała jeszcze raz na telefon – cisza.
Życiem rządzi przypadek. Czasem jest się o lata świetlne za późno. A czasem… spotykamy się za wcześnie. W nieodpowiednim momencie. Z nieodpowiednimi ludźmi. Lub po prostu na złej stacji. W złym pociągu. W złym przedziale. Patrząc na niego miała wrażenie, że jest w odpowiednim przedziale. Ale nie ma tam dla niej po prostu miejsca. Jest zbyt tłoczno. Zbyt duszno. Zbyt wirtualnie.

Nie zastanawiając się długo, wróciła do samochodu i odjechała. Nie robiła mu wyrzutów. Nie wszczęła awantury. Nie chciała słuchać, jak bardzo jest „jedyna”. Że tamta to pewnie pomyłka lub co  gorsza, koleżanka z pracy. Nie musiała wiedzieć. Nie chciała wyjaśniać. Tym razem nie było happy endu. Znów rozejdzie się po kościach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s